Tu czy Tam?

- Jesteś jednym z tych jajogłowych, którzy potrafią czytać? Nic dziwnego, że masz nierówno pod sufitem - powiedział yeti. (Walter Moers "Rumo i cuda w ciemnościach")

 

 

Zatem: czytam. W kontekście dodatkowych informacji, lakoniczna parafraza za Tytusem Czyżewskim: muszę oświadczyć, że wszystkie nazwy pasują do mnie pośrednio i przemijająco.

W 2015 roku znajdę czas na więcej książek dla przyjemności. Postanowione! 

Poświątecznie, Barańczakowo

Święta, święta, lalala, nie rozumiem dlaczego nie czytam.

 

Ale nadal się cieszę z nowych książek, więc chyba nie jest tak źle.

 

Dostałam "W dolinie Muminków", jest prześlicznie wydana. Zrealizowałam nawet czyjś voucher na głośnie czytanie iii odczytałam początek - ostatnie słowa rozdziału dotknęły mnie do żywego: "Nadeszła zima." i ta dojmująca biel pustej kartki dalej. Cudownie obrazowe to wszystko.

 

****

Zaczynam uwielbiać operę.

 

****

 

Kiedy usłyszałam o śmierci Stanisława Barańczaka, pomyślałam najpierw o Pan tu nie stał. O wierszu katowanym na frazeologii i o czymś innym. Dużo skojarzeń. 

 

"Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie 
słychać, co można widzieć, 
gdy się jest Tobą.
Szkoda, że Cię tu nie ma."

obraz nieprzedstawiający
obraz nieprzedstawiający

Prowadzący wyświetla ten obraz na wykładzie, pojawia się lekkie ożywienie na sali, prowadzący mówi, że

 

w obrazie jest pewien element polskości.

 

parskam śmiechem

 

- chodziło mu o polskie pochodzenie autora, ale i tak się nadal uśmiecham, kiedy to piszę.

Księgi zbójeckie

Seminarium poświęcone tematyce literatury dziecięcej, młodzieżowej i fantastyce.

 

Chciałam fantastyki, a dostałam Musierowicz, książki o dwóch pingwinach tej samej płci i inne takie.

 

Po „Magiczną bibliotekę” udałam się do biblioteki z literaturą dziecięcą i długo przyglądałam się kolorowym kwiatkom z papieru, kiedy pani bibliotekarka szukała jej wśród kolorowych półek. Nadal nie wiem, dlaczego znajdowała się w tym dziale, między „Panem Samochodzikiem”, a pewnie tą książką o pingwinach. Znaczy – jestem prawie przekonana, że jest książką dla dorosłych.

 

Seminarium mnie w większości nudzi, ale spodobała mi się jedna myśl, na którą nigdy nie miałam okazji spojrzeć z bliska i przyznać jej racji. To banalne, ale nieco niepokojąco prawdziwe: nigdy już nie będziemy mieli okazji przeczytać czegoś i odebrać tego za pomocą całej gamy dziecięcych wyobrażeń i odczuć. A było to prześwietne!

 

I chyba dlatego jednak warto się pochylić nad tą dziecięcą i zastanowić się, co im dajemy. Żeby nie wybierali przypadkowo. Chyba.

 

W „Magicznej bibliotece” świetnie piszą o książkach dzieciństwa jako o książkach zbójeckich. Autor przekonuje, że aby wrócić do czytania (albo nie przestać?), pierwsze doświadczenia czytelnicze nie mogą być „letnie”, przeciwnie – powinny wzbudzać śmiech, niepokój, rozmarzenie, melancholię… Książki dla dzieci i młodzieży nie powinny być płaskie, ugładzone przez dorosłych, którzy tęskniąc za dzieciństwem przedstawiają swoje wizje jałowej, wiecznie szczęśliwej utopii.

 

I siedzimy na tym seminarium i oni wdają się w jakąś bezsensowną i przemądrzałą dyskusję dotyczącą natury dziecka – czy jest tym wrednym stworzonkiem, czy nie, a ja myślę, że chodzi mi chyba tylko o to, byśmy doceniali możliwość spoglądania na coś oczami dziecka, boo to bardzo niecodzienne doświadczenie. Myślisz sobie, że jesteś pegazem albo sarną i od razu lepiej ci się biega, zasłaniasz dokładnie okna, bo nie chcesz zobaczyć wampira, zaglądasz pod łóżko…

 

***

 

Jakby się zastanowić nad tą literaturą dziecięcą, to znalazłoby się trochę kwestii do dyskusji ze znajomymi, następnym razem spróbuję. Zapytam ich, czy daliby swoim ewentualnym dzieciom to:

 

Zwierzęta na suficie

Przeciętny zjadacz chleba, który siedzi wciśnięty w kąt zatłoczonego tramwaju przejeżdżającego wzdłuż Collegium Maius, nie ma pojęcia, co się akurat może dziać w najwyżej położonej sali, zaraz pod główną kopułą budynku.

 

Na dworze ciemno, zimno i mokro, a w owej sali, nazywanej Salonem Mickiewicza, mogą siedzieć akurat ludzie w garniturach i krawatach…

 

 … i mówić o literaturze.*

 

Siedzą w okrągłej sali, przy półokrągłych stołach z mikrofonami, brudzą kremowy, okrągły dywan. W drewnianej ściance, tuż przy głównym stole, na którym skupiają się oczy wszystkich, misternie wyrzeźbione jest logo uniwersytetu. W każdej chwili mogą spojrzeć wysoko w górę, na sufit. Zobaczą tam ogromną kopię pradawnych malowideł skalnych, wiecie – takie niekształtne żubry, czy bawoły, i pomyślą, jak długą (kulturową) drogę przebył człowiek.

 

Kiedy byłam pierwszy raz w tej sali, wydało mi się to nieco wyniosłe – oni malowali zwierzęta na ścianie, a my dziś jesteśmy już tutaj (mamy nawet dywan z łacińskim napisem).

 

Siedzę tam nieraz z tymi ludźmi w garniturach i często odnoszę wrażenie, że przyjemność płynąca z rozmów o kulturze i literaturze zwiększa się wprost proporcjonalnie do społecznej bezużyteczności tej wiedzy.

 

Do rzeczy! Jak już sobie wyobrazimy tych ludzi w garniturach, to zawsze wyobrażam sobie też, że mówią akurat o czymś bardzo zapomnianym. A tutaj się okazuje, że podczas konferencji Poznań w literaturze, literatura w Poznaniu, miałam okazję wysłuchać analizy tekstów Grabaża dotyczących ulic, po których chodzę.  

 

Niby mnie to rozbawiło, ale nieustannie czułam pewną rozbieżność między tematyką, a tymi bawołami z sufitu. Kultura się zmienia.     

 

Bez oceniania, to tylko trochę refleksji.

 

* albo języku. Albo kulturze, albo pyrach, czy tam innych takich.

 

 

Walking Dead u Baumana

Śmierć i nieśmiertelność. O wielości strategii życia - Zygmunt Bauman, Norbert Leśniewski

Jestem w takim wieku, w którym podobno myśli o śmierci wydają się być abstrakcyjne. Nie wiem.

 

Lubię moje studia, bo są jednymi z niewielu studiów, które pozwalają się spotkać grupie ludzi w poniedziałkowy poranek i rozmawiać przez 1,5 godziny o śmierci, nieśmiertelności, wampirach i Walking Dead. Można wtedy pomniejszyć cały gatunek ludzki, umieścić go na dłoni, zebrać się dokoła i dokładnie mu się przyjrzeć. To często ciekawe, co ten homo sapiens sobie powymyślał.

 

Czy boimy się śmierci, dlaczego się boimy, a skoro się boimy, to dlaczego właściwie nie chcemy być nieśmiertelni? Dlaczego nie chcemy oglądać trupów i jednocześnie chcemy je oglądać na ekranie? I po co właściwie nam ten Walkind Dead?

 

Dyskusja poniedziałkowa, jak dyskusja.

 

Jak stwierdził ktoś na końcu zajęć: tak to wszystko zdekonstruowaliśmy, że już nic nie wiemy. Wszystko – śmierć, nieśmiertelność… I później (milion wniosków później) tak ciężko dojść do ładu z tą aborcją, eutanazją, bo to jeszcze Bóg…

 

***

 

Jak już czytam jakąś starą BNkę i parskam śmiechem, to chyba muszę to przytoczyć. To Peiper, mówi o różnicach między prozą i poezją:

 

„(…) treściowa bezpośredniość uczuć jest sprzeczna z naturą poezji; proza mówi: jestem smutny, poezja mówi: niebo osiadło na ziemi, jak mysz na westchnieniu. <3

 

I jeszcze:

 

„Trzeba mózgu. Nie mózg szkodzi sztuce, lecz pospolity mózg. Trzeba dobrego mózgu.”

 

***

Aha, Bauman nic nie mówi o Walking Dead, jakby co.

Tekst, który nie wyczerpuje nawet 5% rzeczy, które można powiedzieć o Świecie Dysku

Potworny Regiment (Świat Dysku, #31) - Piotr W. Cholewa, Terry Pratchett

Seria o Świecie Dysku liczy sobie ponad 30 książek. Zbieram je skrupulatnie i zawsze bardzo się denerwuję, że grzbiety nie mają jednakowego koloru.

 

Tekst o Świecie Dysku należy zacząć od ustalenia kilku podstawowych kwestii:

 

Uczeni wyliczyli, że jest tylko jedna szansa na bilion, by zaistniało coś tak całkowicie absurdalnego.

Jednak magowie obliczyli, że szanse jedna na bilion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. (1)

 

… i jeszcze:

 

Świat sunie leniwie i okazuje się, że jest on światem Dysku – płaskim, okrągłym, niesionym przez kosmos na grzbietach czterech słoni, stojących z kolei na skorupie Wielkiego A’Tuina, jedynego żółwia, który figuruje na diagramie Hertzsprunga-Russella, żółwia długiego na dziesięć tysięcy mil, obsypanego szronem martwych komet, z krostami kraterów meteorytowych i oczami mającymi albedo. Nikt nie zna przyczyny tego stanu rzeczy, ale prawdopodobnie jest kwantowa.

Wiele z tego, co dziwne, może się zdarzyć w świecie jak ten, umieszczonym na grzbiecie żółwia. (2)

 

 - po tylu przeczytanych stronach i po tylu podkreślonych cytatach, nadal twierdzę, że te dwa fragmenty trafiają w istotę rzeczy. I jeśli ktokolwiek pomyśli sobie, że to dziecinada, że latający żołw? pfff –  to niech sobie włączy jakikolwiek przyrodniczy program i zerknie, jak wygląda pływający w toni oceanu duży, zielony żółw. Magia. Zawsze się wtedy dziwię, że tylko u Pratchetta się z tym spotkałam, nagle wydaje się tak oczywiste, że każdy świat w kosmosie powinien znajdować się na grzbiecie żółwia.

 

Pratchettem zostałam zarażona i pewnie jestem już jednym z najmniej obiektywnych ludzi na świecie. Uwielbiam Świat Dysku. Mam tam kilku dobrze znanych bohaterów i kilka miejsc, do których lubię wracać. Takie trochę fantasy, jednocześnie bardzo prawdziwe, trochę zabawne…

 

 

Jakiś czas temu ukazał się wywiad z przyjacielem Pratchetta, Gaimanem, który powiedział, że:

 

za twórczością Terrego Pratchetta kryje się wściekłość. Wściekłość, która jest silnikiem napędowym Świata Dysku. To także złość na dyrektora szkoły, który zadecydował, że sześcioletni Terry nigdy nie będzie wystarczająco bystry na egzamin na koniec szkoły podstawowej; złość na napuszonych krytyków oraz na tych, którym wydaje się, że poważne jest przeciwieństwem zabawnego; złość na jego pierwszych amerykańskich wydawców, którzy nie potrafili promować jego książek z sukcesem.

 

 (cytuję sobie swawolnie za tłumaczeniem z pratchett.pl)

 

iii czytam to i myślę sobie, że od zawsze wiedziałam, że Pratchett nie jest tylko dobrodusznym i sympatycznym starszym panem (chociaż tak wygląda. rany! Wygląda tak, jak powinien wyglądać pisarz fantasy!). Ma zbyt bystre obserwacje i cięte opinie.

 

Od czego zacząć lekturę? Obojętnie, CZYTAJCIE, ale nie od Potwornego regimentu, bo jest średni. Średni, ale i tak dobry. Aaaa! Zero obiektywizmu.

 

  • (1) Mort, 7-8.
  • (2) Piramidy, 9-10.

 

***

Obszar budowy centrum handlowego ze swoimi żurawiami, późno w nocy zamienia się w plac z kilkunastoma kosmicznymi działami, jak w filmie SF. Świetny widok!  

Jak pisarz potrafi omamić

A ostatnio odkrywam taką refleksję, że im bardziej potrafi mamić, tym lepszym jest pisarzem! - kiedy przeczytałam, że Heinrich Böll jest katolikiem, to parsknęłam śmiechem, bo dawno nie czytałam nic tak prawdziwie ukazującego wszystkie niecne cechy katolików. 

 

Böll - noblista, niemiecki pisarz, rozliczający nieco społeczność niemiecką z wojennych zbrodni. Zetknęłam się ze "Zwierzeniami klowna" i wiedziałam tylko tyle, że pozycja znajduje się w kategorii: "ludobójstwo". Okazało się, że o ludobójstwie jest bardzo niebezpośrednio, więcej o miłości, pasji i zatraceniu się. 

 

 

Główny bohater - Hans Schier. Zdecydowanie mnie urzekł. Bo jest trochę taki jak ja i zarazem trochę taki, jaka nie chcę być. Jest trochę taki, jacy ludzie nie powinni być, bo się wykończą na tym świecie. Bo szukanie autentyczności i wartości totalnych jest często męczące i niemożliwe do uzyskania. I tak się goni często za tym i później stwierdza, że tylko się zmęczyło i nie było sensu. A to przykro tak stwierdzić.

 

Książka napisana jest w klimacie, który czasami chyba jest rozpaczliwy, ale przez to mnie rozbawia:

 

Główny bohater dzwoni do klasztoru, do którego wstąpił jego brat – Leon, po przejściu na katolicyzm. Dąży do rozmowy, ponieważ pilnie potrzebuje pieniędzy i pilnie chce porozmawiać z kimś, kto być może wykaże zrozumienie dotyczące jego złamanego serca.

 

- Przepraszam – powiedziałem wreszcie – czy mógłbym mówić ze studentem teologii Leonem Schnierem?

- Kto mówi?

- Schnier – odparłem. Widocznie wykraczało to poza jego horyzont myślowy. Długo milczał, ja zacząłem się znów krztusić, w końcu opanowałem kaszel i powiedziałem: - Literuję: szkoła, natura, Ida, Emil, Ryszard.

- Co to znaczy? – spytał wreszcie i wydawało mi się, że w jego głosie słyszę taką samą rozpacz, jaka mnie ogarnęła. Może posadzili przy telefonie jakiegoś miłego, starego, palącego fajkę profesora. Gorączkowo wygrzebałem z pamięci kilka łacińskich słówek i powiedziałem pokornie:

- Sum frater Leonis.

Czułem się przy tym trochę nie w porządku, pomyślałem o innych ludziach, którzy może kiedyś chcieli mówić z kimś stamtąd, ale nie umieli ani słowa po łacinie.

Ku mojemu zdumieniu skrzeczący głos zachichotał teraz i powiedział:

- Frater tuus est in refectorio, na kolacji – dodał głośniej. – Panowie jedzą i podczas jedzenia nie wolno im przeszkadzać.

- Mam pilną sprawę – powiedziałem.

- Ktoś umarł? – spytał.

- Nie – odparłem. – Ale prawie umarł.

- A więc chodzi o ciężki wypadek?

- Nie – powiedziałem. - To wypadek wewnętrzny.

- Ach – jego głos zabrzmiał nieco łagodniej – w takim razie krwotok wewnętrzny.

- Nie – wyjaśniłem. – Duchowy. Sprawa czysto duchowa. Widocznie było to dla niego obce słowo, ponieważ odpowiedział lodowatym milczeniem.

- O Boże – jęknąłem – przecież człowiek składa się z ciała i duszy!

 

***

Stanie się on jednym z moich ulubionych cytatów, które obrazują mistrzowski poziom braku porozumienia między dwiema osobami. Kiedy ktoś do ciebie coś mówi, a ty wytrzeszczasz oczy i myślisz sobie: wow, to naprawdę tak można myśleć?

 

*** 

Zagłada, Zagłada, Zagłada.

 

Walter Moers

Musiał przyjść wiatr, żeby postrącać w końcu resztę niezdecydowanych liści. Rozpoczął się kurs historii literatury polskiej 1918-1989 – z niepokojem patrzę na to wszystko, ale chyba bardziej bawi mnie wyobrażanie sobie, jak poradzą sobie z Mrożkiem dwie studentki z Florencji, które polskiego uczą się od pół roku.

 

Urodziny minęły: ja piszę notkę, a Mickiewicz właśnie w tym wieku napisał „Romantyczność”.

 

Uwielbiam Świat Książki – za 87 złotych 4 książki, z czego jedna ma na okładce napisane 49,99, a sprzedawca śmieje się dobrodusznie, kiedy otwiera przy mnie moją paczkę i widzi, jak się cieszę.

 

Walter Moers. Niemiecki rysownik, pisarz, ilustrator. Od lat jestem niezmiennie zakochana w tych tekstach i w tych wydaniach.

 

1. 13 i ½ życia kapitana Niebieskiego Misia (odmawiam sprzedaży wszystkim użytkownikom allegro, którzy piszą do mnie z nadzieją, że mi się znudziła. Zawsze mam ochotę odpisać, że jest najgorsza z cyklu, ale tak się składa, że jestem chomikiem i lubię ładne rzeczy.)

2. Rumo i cuda w ciemnościach

3. Miasto śniących książek

4. Kot alchemika (lubię, jak w książce opisuje się potrawy – nie wiem, to trochę dziwne.)

5. I nowy: Labirynt Śniących Książek - wygląda olśniewająco, jak wszystkie pozostałe.

 

Cały czas zastanawiam się, jak ja mogłam uchować się w domu, w którym mama nadal twierdzi, że wydawanie pieniędzy na książki, to marnowanie pieniędzy.

 

Nieco filmowo

Chyba czas na kilka słów o filmie. Muszę, bo siedzi mi on w głowie, a niespecjalnie to przyjemne. „Spódnice w górę!”. Z pewną dozą zaciekawienia, idę sobie do kina na coś, co nie jest amerykańskie, co stworzone zostało przez kobiety i rzekomo dla kobiet i ich mężczyzn. Ma być śmiesznie, bo to komedia. Okazuje się, że śmiesznie jest rzadko, częściej jest niesmacznie lub po prostu dziwnie – jestem kobietą, oglądam to i wydaje mi się to dziwne, czyli chyba naprawdę musi być dziwne. Wychodzę z kina i myślę sobie tylko o takim artykule znowu-nie-pamiętam-czyjego-autorstwa o Ofelii i pojmowaniu istoty kobiecości. Artykuł pisany w nurcie teorii krytyki feministycznej stara się ukazać, jak blisko związane jest pojmowanie kobiecości z szaleństwem i pewnym elementem płynności iii przy tym niemożności określenia granic. Ilustruje to Ofelia i miliony kobiet później, które były normalne, kiedy były pełne cnoty i wstydliwości, a stawały się szalone, kiedy tego zaprzestawały i kiedy niezmiennie łączyło się to z historią o nadpobudliwości seksualnej (wszystkie te historie związane z och, „melancholią kobiecą”, jakąś erotomanią, niby wynalezieniem wibratora, pierdoły…). No, ale! Czyli ukazuje się tę kobietę, jako taką niestabilną emocjonalnie, płynną i nieokreśloną, a później nagle krytyka feministyczna stwierdza, że tak jest dobrze i że to staje się oznaką wyzwolenia spod patriarchalnych wpływów. Myślałam o tym wszystkim, kiedy wyszłam z kina, bo naprawdę brakowało mi jakiegoś podłoża, by zinterpretować to, co widziałam. Film opowiada o historiach kobiet, które są nieznośnie rozwalone i pełne żądzy do niewiadomo czego. A na końcu tańczą razem wszystkie iii chyba ma to pokazać, że są fajne, bo są grupą i są kobietami i używają tamponów (straszliwa pierwsza scena…)? Naprawdę nie wiem, niby coś mi świta i naprawdę staram się zrozumieć, bo to przecież film kobiecy i dla kobiet…

 

A artykuł był autorstwa Elaine Showalter.

 

Szkolne praktyki dobiegły końca, ostatni dzień i totalny wstyd przy deklinowaniu rzeczownika „przyjaciele”. Po-raż-ka. 

Niby o mądrości świadczy to, co chcemy wiedzieć

Krótka historia prawie wszystkiego - Bill Bryson

Wracam do szkoły na praktyki, grzecznie przybieram gębę ucznia i jakoś wcale mi to nie przeszkadza. Siadam na hospitacjach z jakąś uczennicą i myślę tylko o tym, jak wiele godzin spędziłyśmy w ten sposób z M., jak wiele razy wyzywała mnie, że za głośno piszę, albo że za bardzo trzęsę ławką. Naprawdę wiele przyjemnych i kolorowych wspomnień.

 

Chyba każdy człowiek czuje podskórnie, że z wyrazami typu: „zaczęło” jest jakiś problem. Ja już wiem jaki – dzisiaj pewna uczennica uświadomiła mi, w jaki sposób (bezsprzecznie!) powinno się go pisać:

 

ZACZĘŁŁO.

 

I wszystko jakoś nagle nabiera nieoczywistego sensu, prawda?

Ja dziwnie odetchnęłam...

 

Bill Bryson Krótka historia prawie wszystkiego.


Jeszcze nie skończyłam, pewnie jeszcze przez pewien czas nie skończę. Trzeba zostawić chwilę, aby przetrawić, wrócić, zapamiętać. Pierwsze rozdziały sprawiają, że mózg topnieje. Przynajmniej mój. Naprawdę, nie mogłam się podnieść – ktoś pomoże człowiekowi wyobrazić sobie, jak NAPRAWDĘ daleko jest od nas do Słońca i jednocześnie sprawia, że w głowie czytelnika pojawia się galareta. No, i chce się iść patrzeć tylko w niebo i tego typu rzeczy.

Nie pozostawia obojętnym, nigdy

Ferdydurke - Witold Gombrowicz

- Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?

 

Zupełna generalizacja, ale jakże prawdziwa: ludziom nie chce się czytać książek w liceum. Nie chce się im czytać również Gombrowicza. Szkoda, bo wtedy wiedzieliby, że podawałby im kamienie w dłonie. A na czas studiów trzeba sobie znaleźć już innego mentora: to już nie jest kwestia zachwycania, nikt nie udaje, że musi zachwycać, to TRZEBA umieć. No ale. Kwestia ustalania kanonu jest nie mniej dyskusyjna i może doczeka się jakiegoś głębszego rozważenia.

 

A jak już TRZEBA umieć i przychodzi sesja, to studenci robią tak:

 

Cicho, cyt, misterium, oto pięćdziesięcioletni twórca tworzy klęcząc przed ołtarzem sztuki z myślą o arcydziele, harmonii, precyzji, pięknie, duchu i przezwyciężeniu, oto znawca zna się pogłębiając tworzywo twórcy w pogłębionym studium, po czym dzieło idzie w świat do czytelnika – i to, co zostało poczęte z męką całkowitą i zupełną, przyjęte zostaje nad wyraz cząstkowo pomiędzy telefonem i kotletem.

 

- tutaj powinno być: „pomiędzy telefonem, Facebookiem i Nutellą” – albo czymś innym, co jest cukrem.

 

Wracając: jak jest się w tym liceum i jest się osobą, która sięgnie po Ferdydurkę, to zwykle czyta się najchętniej o Syfonie, Miętusie i Młodziakach. Akapity pomiędzy są zbyt obszerne, zbyt oderwane od fabuły, często zbyt teoretyczno-literackie, czy filozoficzne (historia o Filidorze i anty-Filidorze nadal do mnie nie trafia i to wcale nie dlatego, że nadal nie rozumiem ogółu! Już rozumiem!).

 

Jak już człowiek ma trochę więcej lat, to nagle odkrywa, że do cytowania nadają się bardziej fragmenty właśnie z tych akapitów i osobiście zaznaczam sobie:

 

Wspomnienia! Przekleństwem ludzkości jest, iż egzystencja nasza na tym świecie nie znosi żadnej określonej i stałej hierarchii, lecz że wszystko ciągle płynie, przelewa się, rusza i każdy musi być odczuty i oceniony przez każdego, a pojęcie o nas ciemnych, ograniczonych i tępych jest nie mniej doniosłe niż pojęcie bystrych, światłych i subtelnych. Gdyż człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, chociażby ta dusza była kretyniczna.

 

Zaprawdę, w świecie ducha odbywa się gwałt permanentny, nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą, a już moją osobistą klęską było, że z jakąś niezdrową rozkoszą uzależniałem się najchętniej od niedorostków, wyrostków, podlotków oraz ciotek kulturalnych.

 

Czyli, że ogólnie kiepsko, bo zwykle tak jest. Mniej lub bardziej świadomie. Biorąc pod uwagę tę większą część ludzkości, to raczej mniej.

 

Teraz chyba mój ulubiony fragment. Czytam i myślę: „łał, łał, łał!”:

 

Lecz w rzeczywistości sprawa przedstawia się, jak następuje: że istota ludzka nie wyraża się w sposób bezpośredni i zgodny ze swoją naturą, ale zawsze w jakiejś określonej formie i że forma owa, ów styl, sposób bycia nie jest tylko z nas, lecz jest nam narzucony z zewnątrz – i oto dlaczego ten sam człowiek może objawiać się na zewnątrz mądrze albo głupio, krwawo lub anielsko, dojrzale albo niedojrzale, zależnie od tego, jaki styl mu się napatoczy i jak uzależniony jest od innych ludzi. I jeśli robaki, owady cały dzień uganiają się za pożywieniem, my bez wytchnienia jesteśmy w pościgu za formą, użeramy się z innymi ludźmi o styl, o sposób bycia nasz, i jadąc tramwajem, jedząc, zabawiając się lub wypoczywając, lub załatwiając interesy – zawsze, bez przerwy szukamy formy i rozkoszujemy się nią lub cierpimy przez nią i przystosowujemy się do niej lub gwałcimy i rozbijamy ją, lub pozwalamy, aby ona nas stwarzała, amen.

 

Przychodzi mi tutaj do głowy ten fragment z radia:

 

Idealny muszę być

I muszę chcieć, super luz i już

Setki bzdur i już, to nie ja

 

---

 

 

Myślę sobie czasami, że Gombrowicz podważa, nie zgadza i dystansuje się. Ale później reflektuję się i zastanawiam, czy to już kolejna forma? Czy próba wyzbycia się gęby, pupy i formy nie jest już kolejną formą?

 

Jak bardzo nie chciałabym, nie chcielibyśmy być poważni i jak głębokich dyskusji nie chcielibyśmy toczyć na temat natury świata, wszystko sprowadza się i tak do ulegania rządom biszkopta i brzozowej rózgi. Tak myślę, niezmiennie od kilku lat.

 

A na to zdziecinniały starzec odparł:

- Wszystko podszyte jest dzieckiem.

 

 

I jeszcze, ostatnio:

 

Jakimi drogami dochodzi się do tych krętych i anormalnych dróg? Normalność jest linoskoczkiem nad otchłanią anormalności. Ileż utajonego szału zawiera zwykły porządek – sam nie wiesz, kiedy i jak bieg zdarzeń doprowadza cię do porywania parobka i uciekania na pole.

 

---

 

Jeśli uwierzę w to, co mówi Jan Kott i wyobrażę sobie, że zimą 1942, w tej okupowanej Warszawie, na jakimś całonocnym przyjęciu, Czesław Miłosz walczył na miny z powieściopisarzem Jerzym Andrzejewskim, to myślę sobie: wow.

 

 

Ironia to styl naszego tchórzostwa

Miesiąc niedziel - John Updike

Naprawdę nie wiem, jak książka, w której „pastor Tom Marshfield, choć żonaty, cudzołoży bez umiaru” (jak głosi opis na okładce), znalazła się w moim schowku.


Skończyłam ją tylko dlatego, że podobały mi się wrzucane raz po raz zwroty, zaskakujące prawdziwością i bystrością ujęcia. I dlatego, że po ostatnich przygodach ze studiami – w tym gorączkowym przekartkowywaniem stron w poszukiwaniu najważniejszych fragmentów, miałam jakąś taką silną potrzebę finalizacji. Czytania od deski do deski i skończenia.


Żeby czytać coś z prawdziwą przyjemnością, potrzebuję zestrojenia z autorem i jego stylem, stosunkowo rzadko się udaje. Rany! Ale żeby czytać o seksualnych podbojach, potrzebne by było… Nie, właściwie nic nie jest potrzebne, bo po co o tym czytać? I tak najlepsze jest to, co niedopowiedziane.


Przypomniały mi się te śmieszne panele z udziałem różnych pisarzy, którzy opowiadają niby o tym, jak oni to robią, że opis scen łóżkowych w ich książkach jest tak świetny. Albo dukanie, albo wdawanie się w jakieś techniczne szczegóły opisu, które obdzierają już ze wszystkiego.


Odnośnie bystrych spostrzeżeń:
Ironia do styl naszego tchórzostwa


Tak bardzo prawdziwe, niekiedy. Tak właśnie czasami o tym myślę.

"Oni są jeszcze dziećmi"

K-PAX - Gene Brewer

Zaczęło się od filmu.

 

Film pozostawił lekkie uczucie rozczarowania i niedosyt. Nagle okazało się coś, co zawsze wzbudza radość - okazało się, że jest książka! Sięgam po książkę i książka nie wyjaśnia niczego. Jest w końcu tym przybyszem z innego świata, czy nie jest? Dlaczego akurat co pięć lat? Dlaczego w filmie ciało pozostaje w pokoju, a w książce znajduje się nieco w innym miejscu i to miejscu, które właściwie nie wnosi nic nowego? Nie wiem. Myślę sobie, że powinnam sięgnąć po kolejne części, ale z lekkim zdziwieniem stwierdzam, że chyba coraz mniej bawią mnie książki, które można połknąć.

 

Przywlekłam sobie zresztą z biblioteki jeszcze trzy inne tytuły, które stały w kolejce zdecydowanie zbyt długo.

 

Czytam Ferdydurkę, zachwycam się, czytam na głos i odkrywam ją na nowo.

 

Sprawiłam sobie Trylogię Husycką jako nagrodę za sesje. Po tylu latach! Chciałam napisać na niej dedykację, ale teraz nagle zrobiło mi się jakoś tak dziwnie i pewnie nie napiszę. Napisałabym:

 

"Za humorystę - Aleksandra Głowackiego i "Szał" Podkowińskiego. Dla Mai"

Historia literatury polskiej

Najpierw miałam napisać tak:

 

Pierwsza prawda jest taka, że: prędzej, czy później, każdy student sięga po jakieś opracowania przed egzaminem z HLP.

Druga prawda jest taka, że tylko pewne perełki, które można w nich znaleźć, sprawiają, że się czasami ożywiam i jednak nie wyrzucam tego wszystkiego przez okno.

"Takie rozwiązanie upewniło krytyków pozytywistycznych, że Lalka ma złą kompozycję w przeciwieństwie do Nad Niemnem, gdzie wszystko ładnie ułożone jest w kupę"

 

Minęły jednak dwa dni i napiszę już inaczej:

 

Zdałam, zdałam, zdałam! Realizm w metodzie pisarskiej Prusa i rola artysty w dramatach Kisielewskiego... Jakimś cudem najlepiej na tym pozytywizmie i MP wyszłam.

 

Ach, jak mi dobrze. Tyle czasu wolnego teraz na mnie spadło. Jutro idę sobie kupić jakąś nagrodę książkową za zdaną sesję.

Kultura języka polskiego

 

Ostatnio mam taki bardzo językowy czas. Dyskutujemy sobie, jakie najczęściej postawy wobec języka przejawiają Polacy, popełniam więcej błędów niż kiedykolwiek, bo zastanawiam się za dużo, czy coś jest poprawne, czy nie, oglądam sobie Świętą Trójcę: Bralczyk, Markowski, Miodek (z uprzejmym podkreśleniem nazwiska Markowskiego, którego podręcznik muszę wkuć na pamięć – filolodzy polscy pewnie wiedzą o czym mówię).

 

Tak się akurat złożyło, że (na domiar złego – tak się mówi, prawda?) miałam okazję uczestniczyć w lekcji języka polskiego dotyczącej kwestii wartości języka (głównym pytaniem było: czy warto mówić poprawnie?) dla klasy pierwszej gimnazjum.

 

I muszę powiedzieć, że ta sama młodzież, której zdolności słowotwórcze skupiają się ostatnio na wymyślaniu nazw społeczności na Facebooku typu:  „wyrzuć dżinsy, noś waginsy” (wciąż nie mogę przeboleć, że na to natrafiłam i zmieniło to mój umysł) – ta sama młodzież! – w całości poparła stwierdzenie, że warto, a nawet trzeba dbać o polszczyznę, ponieważ:

 

„piękne słowa uwznioślają duszę”

 

- cytat skonstruowany w części przez uczennicę, a w części przez panią polonistkę, został zapisany na tablicy i skrzętnie przeniesiony do notatek w zeszytach. A ja siedziałam tam z miną, która sugerowała, że właśnie dostałam czymś ciężkim w głowę…

 

Właściwie nadal mam taką minę, gdy patrzę na ten cytat.

 

Co to w ogóle znaczy, że... uwzniośla…?

 

Cały czas myślę o tym, że jak kogoś "uwzniośla" polszczyzna, to później tworzy takie coś: