Tu czy Tam?

- Jesteś jednym z tych jajogłowych, którzy potrafią czytać? Nic dziwnego, że masz nierówno pod sufitem - powiedział yeti. (Walter Moers "Rumo i cuda w ciemnościach")

 

 

Zatem: czytam. W kontekście dodatkowych informacji, lakoniczna parafraza za Tytusem Czyżewskim: muszę oświadczyć, że wszystkie nazwy pasują do mnie pośrednio i przemijająco.

Jeździjcie pociągami i czytajcie je wszyscy

Dziewczyna z pociągu - Paula Hawkins Para w ruch - Terry Pratchett

Traf chciał, że, niewiele się nad tym zastanawiając, zabrałam się jednocześnie za dwie książki, w których pociągi odgrywają role pierwszoplanowe. Iii śmiało mogę powiedzieć, że czytanie ich podczas podróży koleją poprawia odczucia płynące z lektury o połowę (pozytywnie wpływa to również na odczucie pokonywanego dystansu).

 

Pierwsza (w końcu!, bo słyszałam o niej milion razy):

"Dziewczyna z pociągu" - Hawkins Paula

 

... Jest w porządku. Zaciekawia. Ale...

 

Rany, zupełnie nie wiem, skąd się wzięli ludzie, którzy wypisują recenzje pełne tekstów, że jest to "głęboki thriller psychologiczny" i że tak "drobiazgowo została ukazana osobowość bohaterki". Bohaterka jest pijaczką, w dodatku nieprzesadnie bystrą. Denerwowała mnie straszliwie (nawet teraz prycham, kiedy to piszę).

 

Druga..

"Para w ruch" - Terry Pratchett

 

Opinia jest bardzo subiektywna, bo to w końcu Pratchett, więc... Tak czy siak jest przyjemna, są znani i lubiani bohaterowie, znane i lubiane miejsca.

 Książka ma z 340 stron. Czuję opór przed jawnym narzekaniem, bo: to przedostatni tom cyklu, jedna z ostatnich książek, które wyszły spod ręki Terry'ego, ale... w tej części niewiele się dzieje. Cały czas miałam wrażenie, że wplatane są takie malutkie wątki, które tak naprawdę są zupełnie niepotrzebne - rozpraszały mnie i momentami nudziły. Podstawę fabuły można zamknąć w kilku oszczędnych zdaniach: że pojawia się kolej, że Moist znowu gra pierwsze skrzypce, że krasnoludy wojują i że jednym z głównych zadań jest przewiezienie koleją Dolnego Króla na miejsce buntu. To tyle.

 

***

Straszliwie dawno mnie tu nie było, a jak się nie wrzuca gdzieś krótkich wspomnień z lektury, to ulatują bardzo szybko. A ja jestem chomikiem i zapomniałam trochę, jak lubię je zbierać.

 

Owce jak ludzie

Sprawiedliwość owiec - Leonie Swann

Kiedy myślę o fabule tej książki, cały czas przed oczami mam soczyście zieloną łąkę, na której skraju znajduje się ostry klif z rozbijającym się o niego morzem u dołu.  Jest jeszcze mała chatka/barak, mały ogródek i kilkanaście białych owieczek. I to wszystko.

 

I owce rozmawiają: czasami do złudzenia przypominają ludzi, ale narrator nieustannie przypomina, że ludźmi nie są, zaznaczając skrupulatnie, w którym momencie zaczynają żuć trawę (moje ulubione fragmenty).

 

Jest intryga i moje osobiste upodobanie - przecudownie przerysowane postacie. Owce nazywają księdza Bogiem, bo często słyszały, że to słowo pojawiało się w jego pobliżu. Często informują czytelnika, czym pachnie (bądź cuchnie) pojawiająca się na scenie postać, bo mają o wiele wrażliwsze (od nas) nosy. Całość tworzy zabawną opowieść z poważniejszymi rzeczami w tle.

 

 

 

***

Wczesnymi rankami pachnie jesienią.

Inna część miasta; wróciłam na stare miejsca; w nowym domu wciąż czuję się jak na wakacjach. Tęsknię do tego, co zostawiłam. To drugie najgorsze uczucie, zaraz po dojmującym żalu. 

Kiedy laik sięga po "Buszującego w zbożu"

Buszujący w zbożu - Jerome David Salinger

Jeśli miałabym wymienić książkę w kategorii:

 

Książka, Do Której Milion Razy Ktoś Gdzieś Nawiązywał a Ja Nie Wiedziałam o Co Chodzi

 

- to wymieniłabym "Buszującego w zbożu".

 

O tej książce mówili w szkole (jakby znajdowała się tuż obok kanonu lektur obowiązkowych, ale nie na tyle blisko, żeby ją do niego dołączyć), mówili we filmach, mówili w towarzystwie. Co prawda - bardzo ogólnikowo, jak to się zwykle mówi o książkach, które "wszyscy znają".

 

Więc sięgam sobie po "Buszującego" pierwszy raz w życiu.

 

Pierwsze, co myślę, to: "Bąbel i Syfon na tropie", jakieś młodociane, szkolne towarzystwo. Za chwilę okazuje się, że narrator momentami brzmi jak gombrowiczowy Józio, choć waham się, czy więcej w nim Józia, czy Forresta Gumpa. Chyba Forresta. Ale tego, który mimochodem wyrzuca z siebie prawdy o życiu. Albo właściwie najwięcej jest Silnego, Masłowskiej.

 

Do 3/4 zastanawiałam się o czym jest ta książka. Kolejna książka z rzędu, którą czytam z przyjemnością, jednocześnie zastanawiając się, o czym właściwie jest, usilnie doszukując się jakiejś struktury.  

 

... To nie wada. Tak chyba już mam.

 

Książka okazuje się być chyba o

 

młodości,

o niechęci do konwenansów

o pułapce zmarnowania się

o bezmyślnej dorosłości.

 

Czyli, tak jakby, powinna być w kanonie.

 

Garść cytatów:

 

W głupocie swojej z początku uważałem ją za inteligentną dziewczynę. A to dlatego, że była oblatana w sprawach teatru, literatury i innych takich rzeczach. Trzeba sporo czasu, nim się człowiek połapie, czy to głupia, czy też bardzo mądra osoba, jeżeli dużo umie gadać na te tematy. Ja w każdym razie potrzebowałem paru lat, żeby się skapować w przypadku Sally. Myślę, że byłbym odkrył prawdę znacznie wcześniej, gdybyśmy się mniej całowali.

 

I jeszcze jeden, na który czekałam usilnie podczas lektury, bo znałam go wcześniej. Znalazłam go.. w ostatniej linijce.

 

Dziwna rzecz. Lepiej nigdy nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie - zaczniecie tęsknić.

Powiedz wilkom, że jestem w domu

Powiedz wilkom, że jestem w domu - Carol Rifka Brunt

Podoba mi się tytuł. Książki powinny mieć długie tytuły. 

                           

Jestem prawie pewna, że przeczytałam gdzieś, że to „powieść młodzieżowa”, ale teraz nie mogę znaleźć tego stwierdzenia powtórnie i już chyba sama nie wiem.

 

Jak napisali z tyłu: „słodko-gorzka, melancholijna opowieść o głębokiej przyjaźni, skomplikowanej rywalizacji między siostrami i zmaganiach z nieuleczalną chorobą” – właściwie prawda.

 

Napisali też, że: „narracja Brunt przypomina odsłonięty nerw pulsujący w agonalnych drgawkach” – albo źle sobie to wyobrażam, albo to akurat zdecydowanie nieprawda (bo wszystko brzmi bardziej jak ta „powieść młodzieżowa” jednak).

 

Mam wrażenie,  że mało tam się dzieje, ale… Jeśli z przyjemnością czytało mi się 400 stron, na których mało się dzieje, to znaczy, że narracja – ze swoimi wszystkimi ozdobnikami i dygresjami – daje radę.

 

Szkoda tylko, że w większość trudno było mi uwierzyć – nie wzruszało, nie było mi bliskie. Ale może to po prostu niewłaściwy moment albo niewłaściwa ja. 

 

*****

Wracam tutaj!

Wracam do słów, pisania i książek.

Empik stworzył listę 100 lektur, które trzeba znać – spodobała mi się i zawstydziła, także dużo czytania. Będzie prześwietnie.

 

Żetony

JezusMaria, to dopada chyba wszystkich, kiedy ma się tyle lat, co ja. Że krew zbyt szybko zalewa, że się chce robić różne rzeczy, jakby się sprzeciwić, ale z drugiej strony niezbyt można i niezbyt się działania udają.

 

Historia literatury polskiej, rozmawiamy sobie wczoraj o Barańczaku. Prowadzący rzuca nam kilka wierszy, pisane w 1977, czyli że o komunizmie, mówi, że to o "ówczesnym" systemie.

 

Spójrzcie,

brzmi, jak "ówczesny"?   

 

 

Stanisław Barańczak

Co jest grane

 

Wszyscy wiemy, co; puszczamy do siebie oko, nie puszczając farby;

wiadomo, co jest grane: muzyka ludowa

w radio, wojskowe marsze na ulicach

w każde święto, na estradach piosenki młodzieżowe o

radości życia, na stadionie grany

jest hymn państwowy, na wiezy mariackiej

hejnał, w czasie pochodu Międzynarodówka,

o świcie grana jest pobudka na fantarach

fabrycznych syren, a wieczorem

kołysanka telewizyjnego filmu z wyższych sfer;

i to wszystko, co tu jest grane, wszystko, co tu się rozgrywa,

kończy się pięknym i optymistycznym akordem,

przyszłość narodu w postaci małej dziewczynki

odgrywa pantomimę wręczania wzruszonych kwiatów.

Wszyscy wiemy, co tu jest grane, wszyscy wiemy, co się za tym kryje,

kto się kryje za złotym pancerzem tuby w wojskowej

orkiestrze, kto się kryje za tarczą ludowej basetli,

za naelektryzowanym drutem gitarowych strun, wszyscy

wiemy, że to my sami się kryjemy, że to nami,

żetonami, gra się w tę grę, w mówiąc ściślej

my sami gramy sobą przed samymi sobą -

 

ale w rytmicznym terrorze hołubców, paradnego marszu,

estradowych podrygów, chóralnego śpiewu,

w tym tumulcie wszystkiego, co jest grane przez nas

ogłuszeni i ogłupieni doszczętnie, tracimy

głos i głowę, zapominając wciąż na nowo,

kto tu gra, po co, i co jest właściwie

grane.

 

i drugi:

 

Ugryź się w język

 

Nie pluj od razu wszystkim, co ci myśl

na język przyniesie; zanim otworzysz usta,

przełknij tę gorzką ślinę, zanim co powiesz, trzy razy

się zastanów nad losem a) posady, b)

posad świata, c) wszystkich

posadzonych; bity w twarz pięścią

pieśni masowej, ugryź się czym prędzej w język,

tak, mocno, jeszcze mocniej, nie rozwieraj szczęk,

zaciśnij zęby, nie bój się, najwyżej

język ci spuchnie tak korzystnie, że

nie będziesz mógł już wybełkotać ani słowa

i bez żadnych problemów uzyskasz czasowe

zwolnienie z prawdy; a jeśli poczujesz

na podniebieniu słony smak, nie przejmuj się:

ten czerwony atrament gniewu i tak nie przejdzie ci przez usta

 

 

***

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to poetyckie podsumowanie okołowyborowych klimatów.

Przekleństwo bycia miłym

Maj. W mieście zaczęło się robić parno, a póki nie skosili trawy - pierwszy raz w tym roku - wyglądało gdzieniegdzie trochę jak dżungla. Później przez trzy dni, od rana do nocy, warkocili niesamowicie kosiarkami  i wszystkie alejki i skwery stały się na powrót przystrzyżonymi miejskimi przestrzeniami.

 

Przekleństwo bycia miłym - jeden z niewielu "poradników psychologicznych", który czytałam i który nie jest napisany w nieznośnie infantylny sposób. Dotyka rzeczowych problemów, nie umniejsza, nie uwiększa, podaje obrazowe przykłady, prosto mówi, jak skorzystać z niektórych pomysłów.

 

Tytuł niektórych dziwi.

 

Dziwi ludzi, którzy nigdy nie mieli problemu ze zwróceniem dania w restauracji albo zareklamowaniem butów.

 

Nie dziwi natomiast tych, którzy opisywani są zwykle jako "sympatyczne" osoby, z szerokim uśmiechem na ustach. A tak naprawdę i w sercu: kombinujących, jak koń pod górkę, aby tylko nie powiedzieć innym czegoś, co sprawi, że się zezłoszczą lub zasmucą i/lub goniących non stop, by nie zawieść innych. To trochę zabawne, ale to może stać się rzeczywistym problemem.

 

***

 

Nie czytam nic fikcyjnego dla przyjemności. Piszę pracę, jedną, drugą, nurzam się w baśniach, żeby skończyć wątek baśnioterapii. Ciężko jakoś.   

Nasz wewnętrzny rusek

Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną - Dorota Masłowska

Czasami zdarza mi się robić rzeczy zupełnie nie-po-kolei.

 

Jak np. czytać "Mistrza i Małgorzatę" dopiero po obejrzeniu spektaklu. Teraz dołączam do tego przeczytanie "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" dopiero po omówieniu tego na zajęciach i przyjrzeniu się dwóm różnym obozom studentów: mówiącym, że to poemat i mówiącym, że to gniot.

 

Do zajęć się nie przygotowałam, bo (w całej swojej ignorancji) "Wojna polsko-ruska" skojarzyła mi się z Kargulem i Pawlakiem, choć o tym pierwszym nie wiedziałam nic, a o tym drugim tylko to, że: "podejdź no do płota".

 

Sądzę, że powinno się masowo!  i rzetelnie! uświadamiać ludzi, że "Wojna polsko-ruska" nie jest o wojnie, nie jest o wojnie na wsi i nie ma w niej ani jednego ruska.

 

Jest tylko nasz "wewnętrzny" rusek, jak się okazuje.

 

Narratorem jest Silny. Niektórzy mówią, że Silny jest dresem, ale dresy nie wplatają chyba w swoje monologi słów Kochanowskiego, Mickiewicza, Szekspira i Gombrowicza. Wydaje mi się, że Silny należy jednak do kategorii polskich "normalsów", co by się posłużyć socjologicznym terminem. Chłopak opowiada o.. o życiu, o dziewczynach...

 

Książka jest niecodzienna, napisana językiem stylizowanym na mówiony, wulgarna - ale w granicach taktu. Trochę za długa, ale powalająca za każdym razem, kiedy uświadomić sobie, że Dorota Masłowska napisała ją jako przygotowująca się do matury dziewiętnastolatka (stąd pewnie ten kanon kochanowskich...) . Robi wrażenie.

 

Także, wybierając: włączam się do obozu, że to poemat.

Chociaż trochę zbyt halucynacyjny momentami.

 

***

Dlatego proponuję kawę, herbatę.

Ona nie. Nic nie chce. W ogóle jest na diecie. Nie je nic, gdyż słyszała, ze tak jest najlepiej. Jedne ziarnko ryżu popić sześcioma szklankami wrzącej wody. Z rana. To samo wieczorem. Następnego dnia dwa ziarnka. Potem z kolei trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, po prostu każdego ranka i wieczora jedno więcej. To można sobie łatwo obliczyć. Natomiast liczba szklanek zawsze ta sama. Tak się robi. By uniknąć mordowania zwierząt, które surowo płacą za nasz jebany konsumpcjonizm, niszczenia roślin, zużycia papieru, zużycia pieniędzy. To jest jej głos sprzeciwu przeciwko światu.

 

 

Co się robi na studiach

Miałam dzisiaj niesamowitą okazję wysłuchać słów kogoś zupełnie niezwiązanego z filologią, kto miał okazję uczestniczyć w naszych zajęciach z fakultetu o czytaniu Tolkiena. Powiedział coś blisko tego, że: "aaaa!!" - momentami zastanawiał się, co ci ludzie robią w życiu - pewnie w kontekście: co ci ludzie robią w życiu konkretniejszego od zachwycania się przez 1,5 h "Drużyną pierścienia".

 

(plus bezcenne zdziwienie na jego twarzy, gdy prowadząca zapytała, czy "mieliśmy już w rękach podręcznik do skrzatologii?")

 

Sytuacja uderzająca, bo potwierdziła moje stałe myślenie: siedzę czasami na tych zajęciach, rozmawiamy o tanatycznym napięciu i Elizie Orzeszkowej, i to wszystko jest tak abstrakcyjne i nieużyteczne społecznie, że, w jakiś pokrętny sposób, aż piękne.

 

Momentami, na zajęciach, jest już późno, ale jeszcze jasno. Spoglądam czasami przez okno auli na katedrę i mogę dostrzec na zegarze, która godzina. Jest coś estetycznie przyjemnego w sprawdzaniu godziny na katedrze.

 

Jeśli jeszcze chwile pociągnąć temat kończącej się przygody na filologii, muszę przyznać, że ogólnie jest coś estetycznie i snobistycznie, i absurdalnie przyjemnego np. w kończącym się wykładzie z młodopolskiej literatury (tego, na którym zwykłam sprawdzać przez okno godzinę). Część estetyczna: w aulach często jakoś tak pachnie nauką, a z okien widać katedry. Część snobistyczna: literatura klasyczna zawsze wygląda mi na lekko snobistyczną. Część absurdalna: tyle lat na wydziale, a ja połowę informacji słyszę pierwszy raz.

 

Mity Bursy

Piszę pracę na historię literatury polskiej, piszę dwie prace naukowe, mam dosyć pisania i dosyć czytania - niepojęte.

 

Nie mam też pojęcia, jak zinterpretować zakończenie "Zabicia ciotki", a profesor na konsultacji mówi do mnie: "bardzo jestem ciekaw, jak pani zinterpretuje zakończenie".

 

Andrzej Bursa - w wieku 25 lat umiera nagle, śmierć spowodowana chorobą serca. Prawie mój równolatek, a zdołał przejść w swojej twórczości od apoteozy dzieciństwa, poszukiwania mitu Arkadii, odrzucenia mitu Arkadii, do "krzyku znieważonej niewinności" i tworzenia mitu "powszechnej bezinteresownej nienawiści".

 

Dzieci są milsze od dorosłych

zwierzęta są milsze od dzieci

mówisz że rozumując w ten sposób

muszę dojść do twierdzenia

że najmilszy jest pierwotniak pantofelek

 

no to co

 

milszy mi jest pantofelek

od ciebie ty skurwysynie

 

(nie wiedziałam, że to jego!)

 

I teraz: albo ja mam jakiś poważny zastój umysłowy albo on non stop siedział i myślał, co by tutaj wymyślić. Dobra, wracam do pisania.

Bill Brama

Wiadomość o śmierci Terry'ego Pratchetta spadła na mnie w tramwaju. Moją pierwszą myślą było to, że "o rany, tak dawno o tym nie myślałam". Tak umiejętnie zepchnęłam myśli o tym na inny plan, na taki, na którym już nic nie widać. Jeśli chodzi o czas, to jest jakoś tak śmiesznie, że wydaje mi się, że dopiero niedawno dowiedziałam się o jego chorobie. A tutaj nagle jedna wiadomość, druga, trzecia...

 

Pomyślałam sobie, że wszyscy się na mnie będą gapić, ale nie bardzo potrafiłam wyglądać normalnie, bo przypomniał mi się cytat o ziemniaku, że jak się ma swojego ziemniaka, to wszystko będzie dobrze iii ten obraz ziemniaka i prawdziwej śmierci obok rozwalił mnie całkowicie.

 

Słowa Pratchetta są ze mną od wielu lat i będą do końca.

Do końca też będę wdzięczna za Śmierć. Tak właściwie, too mam wrażenie, że im będzie mi bliżej do końca, tym bardziej będę wdzięczna. Bo taka Śmierć nie paraliżuje.

 

W co zawsze wierzyłem? Że tak w ogóle, generalnie, jeśli człowiek żył jak należy, nie według tego, co mówią jacyś kapłani, ale według tego, co wewnątrz wydaje się przyzwoite i uczciwe, to w końcu to wszystko mniej więcej dobrze się skończy.

 

Pomniejsze bóstwa.  

 

Mam w zanadrzu takie duże wiadro patosu, ale staram się go tutaj nie wylewać.

Chociaż muszę chyba powiedzieć, że jedyne, co mi chodzi po głowie, to 1) jestem wdzięczna, 2) całym sercem chcę, by to wszystko skończyło się dla niego przewspaniale.

 


(podkradłam, ale jest świetne. http://sandara.deviantart.com/art/Shaking-hands-with-Death-519841642)

Rzadkie spotkania z SF

Marsjanin - Andy Weir, Marcin Ring

Podoba mi się ta okładka przebardzo.

 

Rzadko czytam takie książki, bo powątpiewam w swoją zdolność do samokontroli - coby nie spojrzeć od razu na kilka ostatnich kartek i dowiedzieć się, czy ktoś przeżył, czy nie.

 

Nie spojrzałam!

 

Przeczytałam całą. Jest nieco zabawna, lekka, do tramwaju, czasami pobrzmiewa jakiś naukowy ton. No i NASA, dużo NASA.  

 

Film wychodzi w tym roku, przejdę się z chęcią, chociaż Matt Damon mógłby być przystojniejszy.

 

***

Cytat z dziennika głównego bohatera:

 

Za pomocą szczypiec i śrubokręta podzieliłem jego poświęcony religijny przedmiot na długie drzazgi. Stwierdziłem, że jeśli Bóg istnieje, to znając sytuację, wybaczy mi.

 

Zniszczenie jedynego symbolu religijnego wystawiło mnie na pastwę marsjańskich wampirów. Muszę zaryzykować.

 

(Cytat jest z 40 strony, przez moment poczułam malutką nadzieję, że może to jednak jakieś dark fantasy [ale że w świecie SF, czy coś] i zaraz przybędą jakieś stwory. Nie przybyły. Jednak tylko kosmos i nauka.)

 

Rozważania o Bogu na Marsie sprawiły, że parsknęłam śmiechem. Po chwili pomyślałam, że to dowód na zakorzenione w podświadomości przeświadczenie, że Niebo jest niebieskie i ma coś wspólnego z tymi chmurami, które widzimy, jakby spojrzeć do góry.

Teraz zacznę czytać

Maszeruję na egzamin z wiedzy o kulturze i myślę sobie, że, z całego spisu, nie chciałabym pytania o błazna. Bo czytałam notatki i tak bardzo nie wiedziałam o co chodzi, że nawet mi nie było głupio, że nie wiem o co chodzi.

 

Wchodzę, losuję, patrzę: amerykanizacja, sanktuarium w Licheniu - targowisko próżności i

 

czego uczy nas błazen.  

 

Siadam sobie, patrzę na panią i zaczynam jej mówić o tym, że błazen jest sakralną istotą związaną z prapoczątkami ludzkiego kosmosu (to jeszcze rozumiem, ale wciąż wydaje mi się dziwne), że jednocześnie fascynuje i budzi lęk, że pochodzenie błazeńskich cech sięga opowieści o pierwszych mitologicznych łotrzykach (łotrzyk mitologiczny...?), którzy byli obecni przy dziele stworzenia. Iii że w sumie to taki trickster i że... trickster jako święty błazen. Czy coś.

 

Nie mam ZUPEŁNIE pojęcia, o czym mówię, ale że pani nie parska śmiechem, skąd szybko wnioskuję, że to chyba nie głupoty, więc dodaję jeszcze, że błazen jest często utożsamiany z lelkiem (ptakiem) i sama mało przy tym nie parskam, ale nie tracę twarzy i dostaję ostatecznie pionę i uścisk dłoni.

 

Przedostatnie sesje, aż mi smutno.

 

Lelek patrzy z dezaprobatą.

Kundera na wyłączność

Nieznośna lekkość bytu - Milan Kundera

Skończyłam czytać, uryczana, i pytają mnie wtedy:

 

"Ale, że jak to? Płakać? O czym ta książka?"

 

Myślę moment, odpowiadam, że to książka o nieznośnej lekkości bytu.

 

... dochodzę jednak do wniosku, że brzmi to płasko, trochę pretensjonalnie, staram się powiedzieć coś więcej, choć właściwie nie mam zupełnie ochoty. Jestem poruszona i może powinnam siedzieć cicho, ale czasami  odczuwam niepokój, że może tego poruszenia nie będę kiedyś w stanie zatrzymać, więc jakoś biorę się w garść i zaczynam  mówić: pojawia się Tomasz, Teresa, Sabina, Franz, utracony raj; mówię o tym jak ludzie gonią w piętkę, jak bardzo można się różnić w myśleniu na temat miliona spraw, jak naprawdę można kochać zwierzęta i o tym, że metafory są niebezpieczne, bo miłość może się zacząć od jednej metafory (będę to mówić każdemu, kto zapyta mnie o tę książkę).

 

Dochodzę do innego wniosku, że lepiej poprzestanę na tym, że książka jest o nieznośnej lekkości bytu.

 

Pokazuje ją tak bez umieszczania w sztywnych schematach i tak bardzo bez kiczu, że porusza to we mnie jakąś strunę, o której na co dzień nie myślę i ryczę, jak ten bóbr. Ale że po cichu.

 

***

"Nie konieczność, ale przypadek ma w sobie czar. Jeśli miłość ma być miłością niezapomnianą, od pierwszej chwili muszą się ku niej zlatywać przypadki jak ptaki na ramiona świętego Franciszka z Asyżu."

 

Mam takie wewnętrzne przekonanie, potwierdzone wieloma doświadczeniami życiowymi, że aby mieć realne szanse na wygraną w konkursach, trzeba… brać udział w konkursach.

 

http://blog.booklikes.com/post/1088231/and-the-winners-are

 

Radość szaleńca przy rozpakowywaniu. Boże, tyle lat, a jestem jak dziecko.

Ciekawe, co pomyślał listonosz.

 

Ponad 4 kilogramy przyjemności!

 

Odgadłam jedynie „Księgi Jakubowe”, tak chciałam mieć…!, nie mogę się napatrzeć na tę książkę…

 

I jestem zdruzgotana – mam tyle nowych książek i tyle nauki najpierw, bo sezon burz dla niektórych nadszedł.

 

*pociesza się, pakując do ust czekoladę i zastanawiając się, skąd wiedzieli, że lubi gorzką?*

 

 Dziękuję BookLikes! Bardzo! Bardzo!

 

***

I just got my mystery box!  It was really heavy ;) Sorry for the quality of photo, you know - endless joy, trembling hands..

Mądry głupek

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął - Jonas Jonasson, Joanna Myszkowska-Mangold

Jeszcze zanim przeczytałam na okładce, że to „szwedzki Forrest Gump”, Allan Karlsson kojarzył mi się z Forrestem Gumpem.

 

Narrator relacjonuje nam przygody 100-letniego uciekiniera z domu starców, a jednocześnie wraca w przeszłość i daje nam możliwość podejrzenia wydarzeń z różnych etapów jego życia.

 

Film przywiódł mnie do książki i stwierdzam, że książka jest świetna, a film jest prześwietną adaptacją, chyba najlepszą, jaką obejrzałam do tej pory.

 

Książka jest o wszystkim, o WSZYSTKIM, z naciskiem na relacjonowanie historycznych układów politycznych, ale w tak przekomiczny sposób, że nawet mnie to zainteresowało.

 

Może jest coś ze mną nie tak, ale jakoś mnie śmieszy, jak 100-latek i nieco młodszy staruszek załatwiają gangstera, który ich ściga (za kradzież jego walizki pełnej milionów) i potem tak sobie jadą z nim, na takiej drezynie, czy coś..

 

 

Chyba lubię, jak – w obliczu całej złożoności świata – okazuje się, że to pozorny głupek wie najwięcej i jest głupkiem głównie przez to, że ma przeogromny dystans do wszystkiego, co go otacza, co właściwie samo w sobie staje się pewnego rodzaju mądrością. I zdecydowanie muszę przytoczyć 3 cytaty dotyczącej głównego bohatera, Allana Karlssona.

 

1. A jak tam z religijnością pana Karlssona? Allan odpowiedział, ze czysto fizycznie nie ma pojęcia, gdzie się znajduje, ale z tego powodu nie czuję się zbłąkaną duszą. W kwestii wiary wychodził z założenia, że skoro się czegoś nie wie na pewno, nie warto zgadywać.  

 

2. Allan przyznał, że różnica między szaleństwem a geniuszem może być cienka niczym włos i trudno powiedzieć, o czym jest mowa w tym przypadku, ale ma pewne podejrzenia.

 

3. Wyglądało na to, że Bosse ma odpowiedź na odpowiedź Benny’ego, a Benny na odpowiedź Bossego, ale przerwał im Allan i powiedział, że zdążył się trochę rozejrzeć poświecie i jeśli czegoś go to nauczyło, to tego, że największe i – wydawać by się mogło – niemożliwe do rozwiązania konflikty na Ziemi powstawały w oparciu o stwierdzenie: „Głupi jesteś, nie, to ty jesteś głupi, nieprawda, to ty jesteś głupi”.

 

 

100% prawdy.

 

***

Ta „liczba książek” w prawym górnym rogu wygląda taak smutno.

Niezłomna wola

Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską - Dariusz Zaborek

Literatura dotycząca Zagłady mnie zalewa. 

 

Rozmowa z panią Alicją Gawlikowską-Świerczyńską sprawiła, że znowu zaczęłam wytrzeszczać oczy, czytając o niektórych kwestiach. Książka o prawdziwie niezłomnej kobiecie, o prawdziwie niezłomnej woli. W pewnym momencie zaczęłam myśleć, że to całe jej zaprzeczanie (...że NIE, nie ma żadnej traumy, że radzi sobie dobrze, a może i nawet lepiej) jest tylko nieco innym mechanizmem obronnym. Koniec końców - nie wiem. 

 

Ma 93 lata, a jutro idzie znowu do przychodni, bo "pacjenci czekają". Dba o wygląd i z pełną swobodą stwierdza, że jest przekonana, że z ludźmi, którzy o wygląd nie dbają, coś musi być nie tak. Porusza często dużo kwestii, które mogą wywołać zdziwienie, ale ja jej wierzę i biorę to wszystko pod rozwagę, bo nad 93-letnim doświadczeniem bystrego umysłu NALEŻY się zastanowić, tak myślę.

 

 

Uderzyło mnie jedno: reporter w pewnym momencie nazywa obóz piekłem, a ona natychmiast się irytuje i odpowiada:

 

„Głupie gadanie, mnie to denerwuje. Może dla kogoś to było piekło, ale nie dla mnie. A kto wie, czym jest piekło i czy w ogóle istnieje? Nigdy nie używałam takich górnolotnych określeń”

 

Któreś z tych bystrzejszych neuronów natychmiast przywiodły mi na myśl „Los utracony” Imre Kertesza (iii to tak uderzająco przywiodły, że chciało mi się szukać tego cytatu!), kiedy główny bohater (również zagadnięty o to przez dziennikarza) w podobny sposób wypowiada się o jego pojęciu piekła:

 

„Czyż nie jako piekło – spytał – wyobrażamy sobie obóz koncentracyjny? – a ja mu na to, zakreślając przy tym obcasem kilka kółek w kurzu, że piekło każdy może sobie wyobrażać na swój sposób i jeśli o mnie chodzi, to potrafię sobie wyobrazić tylko obóz koncentracyjny, bo obóz trochę znam, piekła natomiast nie.” 

 

I tak sobie myślę, że pojęć Zagłady nigdy nie uda się włożyć do szufladek, choć czasami wydaje nam się to wszystko takie oczywiste, takie czarne. A później nagle znajdujesz Gawlikowską-Świerczyńską i ona mówi, że to był tylko taki czas, ciężki czas pracy i był też śmiech i w ogóle, i w ogóle.