Jak stracić tydzień czasu na Wiedźmina, Grę o tron i Igrzyska śmierci

W najdziwaczniejszych rozmyślaniach nie wpadłabym na to, że moja tegoroczna sesyjna przygoda z romantyzmem swój punkt kulminacyjny będzie miała w rozmowie akurat o „Hernanim” Hugo i „Pamiątkach Soplicy” Rzewuskiego. Na nieszczęście itoito nie okazało się związane z moimi upodobaniami. A w ubiegłym roku była… tak, „Iliada” iii nawet nie pamiętam. Człowiek zastresowuje się na śmierć, a potem tak łatwo zapomina. Wiem! – na semestr były „Kazania przemyskie”, kiedy postanowiłam się upierać, że na pewno opowiadają całą historię Jezusa, od narodzin, aż do śmierci.

 

Tydzień wolnego.

 

Dokładnie rok temu, na fakultecie o rozwoju czytelnictwa, opowiadałam się po stronie książki tradycyjnej, za nic w świecie nie chcąc przyjąć do wiadomości zachęty do używania elektronicznych lektur. Dzisiaj, z równym upodobaniem, czytam na małym ekraniku „Taniec smoków”, a czytnik uchronił mnie od konieczności wydawania mnóstwa pieniędzy na drukowanie notatek, które w czasie sesji musiałabym czytać na rażącym ekranie komputera. To zabawne, że większość ludzi przechodzi w życiu przez etap, w którym niezmienność swoich poglądów uważają za największą swoją zaletę. Ja przynajmniej taki etap miałam.

 

„Igrzyska śmierci” kończę na drugim tomie, niecierpliwie czekając na ekranizację trzeciego. Postanowiłam nie psuć sobie zabawy dalszą lekturą. Kolejnym tomom „Gry o tron” jednak nie mogłam się oprzeć, choć serial bez książki bawił mnie stokrotnie bardziej, niż serial po książce, a może i nawet bardziej, niż sama książka. Chciałabym jeszcze dodać, że mam świadomość, że „obserwowanie” tego, co tutaj wypisuję, może być nieco karkołomne: te wpisy mogą zdawać się nieco wyrwane z kontekstu, ale chodziło o zapisywanie subiektywnie ważnych rzeczy, które mogą ulecieć i zapewniam, że ulatują, kiedy tylko mogą.