Kultura języka polskiego

 

Ostatnio mam taki bardzo językowy czas. Dyskutujemy sobie, jakie najczęściej postawy wobec języka przejawiają Polacy, popełniam więcej błędów niż kiedykolwiek, bo zastanawiam się za dużo, czy coś jest poprawne, czy nie, oglądam sobie Świętą Trójcę: Bralczyk, Markowski, Miodek (z uprzejmym podkreśleniem nazwiska Markowskiego, którego podręcznik muszę wkuć na pamięć – filolodzy polscy pewnie wiedzą o czym mówię).

 

Tak się akurat złożyło, że (na domiar złego – tak się mówi, prawda?) miałam okazję uczestniczyć w lekcji języka polskiego dotyczącej kwestii wartości języka (głównym pytaniem było: czy warto mówić poprawnie?) dla klasy pierwszej gimnazjum.

 

I muszę powiedzieć, że ta sama młodzież, której zdolności słowotwórcze skupiają się ostatnio na wymyślaniu nazw społeczności na Facebooku typu:  „wyrzuć dżinsy, noś waginsy” (wciąż nie mogę przeboleć, że na to natrafiłam i zmieniło to mój umysł) – ta sama młodzież! – w całości poparła stwierdzenie, że warto, a nawet trzeba dbać o polszczyznę, ponieważ:

 

„piękne słowa uwznioślają duszę”

 

- cytat skonstruowany w części przez uczennicę, a w części przez panią polonistkę, został zapisany na tablicy i skrzętnie przeniesiony do notatek w zeszytach. A ja siedziałam tam z miną, która sugerowała, że właśnie dostałam czymś ciężkim w głowę…

 

Właściwie nadal mam taką minę, gdy patrzę na ten cytat.

 

Co to w ogóle znaczy, że... uwzniośla…?

 

Cały czas myślę o tym, że jak kogoś "uwzniośla" polszczyzna, to później tworzy takie coś: