Co się robi na studiach

Miałam dzisiaj niesamowitą okazję wysłuchać słów kogoś zupełnie niezwiązanego z filologią, kto miał okazję uczestniczyć w naszych zajęciach z fakultetu o czytaniu Tolkiena. Powiedział coś blisko tego, że: "aaaa!!" - momentami zastanawiał się, co ci ludzie robią w życiu - pewnie w kontekście: co ci ludzie robią w życiu konkretniejszego od zachwycania się przez 1,5 h "Drużyną pierścienia".

 

(plus bezcenne zdziwienie na jego twarzy, gdy prowadząca zapytała, czy "mieliśmy już w rękach podręcznik do skrzatologii?")

 

Sytuacja uderzająca, bo potwierdziła moje stałe myślenie: siedzę czasami na tych zajęciach, rozmawiamy o tanatycznym napięciu i Elizie Orzeszkowej, i to wszystko jest tak abstrakcyjne i nieużyteczne społecznie, że, w jakiś pokrętny sposób, aż piękne.

 

Momentami, na zajęciach, jest już późno, ale jeszcze jasno. Spoglądam czasami przez okno auli na katedrę i mogę dostrzec na zegarze, która godzina. Jest coś estetycznie przyjemnego w sprawdzaniu godziny na katedrze.

 

Jeśli jeszcze chwile pociągnąć temat kończącej się przygody na filologii, muszę przyznać, że ogólnie jest coś estetycznie i snobistycznie, i absurdalnie przyjemnego np. w kończącym się wykładzie z młodopolskiej literatury (tego, na którym zwykłam sprawdzać przez okno godzinę). Część estetyczna: w aulach często jakoś tak pachnie nauką, a z okien widać katedry. Część snobistyczna: literatura klasyczna zawsze wygląda mi na lekko snobistyczną. Część absurdalna: tyle lat na wydziale, a ja połowę informacji słyszę pierwszy raz.