Traf chciał, że, niewiele się nad tym zastanawiając, zabrałam się jednocześnie za dwie książki, w których pociągi odgrywają role pierwszoplanowe. Iii śmiało mogę powiedzieć, że czytanie ich podczas podróży koleją poprawia odczucia płynące z lektury o połowę (pozytywnie wpływa to również na odczucie pokonywanego dystansu).
Pierwsza (w końcu!, bo słyszałam o niej milion razy):
"Dziewczyna z pociągu" - Hawkins Paula
... Jest w porządku. Zaciekawia. Ale...
Rany, zupełnie nie wiem, skąd się wzięli ludzie, którzy wypisują recenzje pełne tekstów, że jest to "głęboki thriller psychologiczny" i że tak "drobiazgowo została ukazana osobowość bohaterki". Bohaterka jest pijaczką, w dodatku nieprzesadnie bystrą. Denerwowała mnie straszliwie (nawet teraz prycham, kiedy to piszę).
Druga..
"Para w ruch" - Terry Pratchett
Opinia jest bardzo subiektywna, bo to w końcu Pratchett, więc... Tak czy siak jest przyjemna, są znani i lubiani bohaterowie, znane i lubiane miejsca.
Książka ma z 340 stron. Czuję opór przed jawnym narzekaniem, bo: to przedostatni tom cyklu, jedna z ostatnich książek, które wyszły spod ręki Terry'ego, ale... w tej części niewiele się dzieje. Cały czas miałam wrażenie, że wplatane są takie malutkie wątki, które tak naprawdę są zupełnie niepotrzebne - rozpraszały mnie i momentami nudziły. Podstawę fabuły można zamknąć w kilku oszczędnych zdaniach: że pojawia się kolej, że Moist znowu gra pierwsze skrzypce, że krasnoludy wojują i że jednym z głównych zadań jest przewiezienie koleją Dolnego Króla na miejsce buntu. To tyle.
***
Straszliwie dawno mnie tu nie było, a jak się nie wrzuca gdzieś krótkich wspomnień z lektury, to ulatują bardzo szybko. A ja jestem chomikiem i zapomniałam trochę, jak lubię je zbierać.